stat4u
MERKEL: WIELE ZMIENIĆ, ABY NIC NIE ZMIENIĆ ? - Quick.Cms - szybki i prosty system zarządzania treścią

MERKEL: WIELE ZMIENIĆ, ABY NIC NIE ZMIENIĆ ?

Aktualności » MERKEL: WIELE ZMIENIĆ, ABY NIC NIE ZMIENIĆ ?

Data:03.10.2017 (ost. aktualizacja 03.10.2017 18:59)
  • Ryszard Czarnecki/Archiwum
    Ryszard Czarnecki/Archiwum

Wiele frontów „Angie”

Angela Merkel dopięła swego, wyrównała rekord swojego politycznego patrona, „ojca chrzestnego” jej kariery w polityce, Helmuta Kohla, który również czterokrotnie był kanclerzem. Tyle że „Angie”, jak lubią nazywać ją Niemcy (i jak ona sama lubi być nazywana) musi mieć w tyle głowy, że czerwonej kartki Kohlowi – która zakończyła jego karierę na niemieckim boisku politycznym - ostatecznie nie dali wyborcy, ale partyjny bunt z nią samą w roli głównej. Autorka „ojcobójstwa” z 1998 roku obawia się tego samego: doprowadzenia do jej dymisji w trakcie najbliższej kadencji. A chętnych do tego jest coraz więcej, choć oczywiście nikt  tego oficjalnie nie deklaruje. Są to zarówno politycy szczebla federalnego, jak i też niektórzy premierzy landów z ramienia CDU. To jeden z wielu frontów, jaki w najbliższych latach będzie miała w niemieckiej polityce lokatorka Kanzleramt. Dwa z nich to fronty wewnętrzne. Jeden, przed chwilą opisany, dotyczy sytuacji w ramach Unii Chrześcijańsku-Demokratycznej (CDU). Drugi to, niemniej ważny, front wewnątrzkoalicyjny. Merkel starała się marginalizować premiera Bawarii i przywódcę CSU Horsta Seehofera. Nie powiadomiła go nawet, co ociera się o totalne lekceważenie, o swojej spektakularnej decyzji otwarcia niemieckiej granicy na imigrantów we wrześniu 2015 roku. Jej późniejsze tłumaczenie, że nie mogła się do niego dodzwonić odbierane jest jako szyderstwo. Bawarczyk krytykował ją, nawet publicznie, za fatalną politykę imigracyjną, a ona rewanżowała mu się – to w jej stylu – bynajmniej nie oficjalną polemiką, lecz osłabianiem go w jego bawarskim mateczniku i wyjmowaniem jego politycznych współpracowników. Tak było w przypadku europosła Manfreda Webera, którego Merkel osobiście pobłogosławiła na szefa frakcji (grupy politycznej) Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim. Ba, w planie Merkel, to on, a nie Antonio Tajani miał zostać szefem europarlamentu. Tę misterną grę pokrzyżowali ludzie z jej własnego obozu politycznego – EPL właśnie (angielski skrót EPP), którzy w Brukseli i Strasburgu mieli już dosyć Niemca na stanowisku „numer jeden” w tej instytucji. I nie był to raczej objaw antygermańskiej fobii, skoro przed styczniowym wyborem Włocha na to stanowisko przez ostatnie cztery kadencje aż trzykrotnie urząd ten sprawowali Niemcy.  Skądinąd fotel szefa PE miał być dla „człowieka Merkel” trampoliną do objęcia szefostwa Komisji Europejskiej, pierwszego po półwieczu dla Niemca...

 

Nowa-stara „koalicja po przejściach”?

 

Tyle napisałem o przeszłości, ale bez niej nie da się zrozumieć scenariuszy najbliższej przyszłości na niemieckiej scenie politycznej. Ostatnia niedziela września, będącą niemiecką „niedzielą wyborczą”, pokazała zużycie się całej klasy politycznej. Nie było ono jednak na tyle spektakularne, żeby doprowadzić do zmiany kanclerza. Czy doprowadzi jednak choćby do zmiany koalicji rządzącej? Nie jest to wcale powiedziane.